Życie na zakręcie

Ten stary temat – ty i ja

        Sara zeszła lekko utykając na prawą nogę, buty o miękkich podeszwach, które dziś włożyła nie pomagały jej ani w chodzeniu ani tym bardziej nie ułatwiły wyprawy na strych, z którego właśnie schodziła. Nie była to specjalna okazja, ani żadna wyjątkowa data. Ot po prostu, wczoraj w nocy gdy nie mogła zasnąć i przewracając się z boku na bok szukała absorbującego tematu do rozmyślań zahaczyła o swoją młodość. Pochłonęło ją to do tego stopnia, że nawet wtedy gdy słońce obudziło ją z lekkiego snu, w który zdążyła zapaść tuż nad ranem, temat ciągle jej towarzyszył.
        Teraz korzystała z tego, że była sama.
Jej mąż Wiktor razem z ich córką Karoliną wyjechali zrobić większe zakupy. Sara wymówiła się mocniejszym niż zwykle bólem biodra i kiedy tylko zamknęły się za nimi drzwi ruszyła na strych w poszukiwaniu śladów po utraconej młodości.
        Siedziała już w fotelu posapując ciężko, jej dłonie brudne i lepkie były od kurzu, ale u jej stóp leżało to co po poszła. Kartonowe pudło z którego poderwany kurz tańczył w promieniach słońca wpadających przez otwarte drzwi na taras. Chwyciła opasłą kopertę, która leżała na wierzchu. Otworzyła ostrożnie, gdyż papier był tak stary, że w niektórych miejscach zaczynał się kruszyć.
Na kolana wysypały się stare fotografie, niektóre z widocznymi śladami załamań, niektóre z postrzępionymi brzegami, ale wszystkie tak samo ważne, tak samo istotne, jak schody do przeszłości.
Popijając kawę Sara pozwoliła tak jak w nocy myślom popłynąć wzdłuż wspomnień, oplatać je, wyciągać wnioski, śmiać się z samej siebie, a czasami czuć gorzkie rozczarowanie i zawód.
Te emocje przeplatały się jak w kalejdoskopie aż trafiła na to zdjęcie. Jedno, jedyne zostało jej po nim. Podpis “Dla mojego Słońca” znaczył je tak, jak tamta miłość przeżyta na szybko do dzisiaj znaczyła jej serce.
Nie wiedział nikt. Tylko oni dwoje przeżywali swoje uniesienia w tajemnicy przed światem. Nie chcieli komentarzy, osądów i dobrych rad. Nie chcieli pytań o to co będzie bo wiedzieli, że ta miłość mimo, że miała trwać wiecznie, dla świata umrze już kolejnego dnia.
        Od tamtego czasu minęło 20 lat.
Dziś jest pierwszy raz, kiedy pozwoliła sobie na taki niczym nieskrępowany powrót do wspomnień. Tyle lat musiało upłynąć, żeby poczuła się na tyle silna by jeszcze raz przeżyć tamten zachwyt i tamten ból. Dziś jest już innym człowiekiem szczęśliwą żoną i matką, ale wtedy? Wtedy kochała na śmierć i życie, żadne łzy nie wyżłobiły jej policzków tak jak tamte, żadne kłamstwa nie bolały tak jak tamte i żadna radość nie rozsadzała jej serca tak jak tamta wtedy. To tak jakby przeżyła dwa różne życia, jak czerń i biel, jak tak i nie.
        Już nie jest tamtą kobietą i nie odważyłaby się zaryzykować czymkolwiek z jej bezpiecznego i poukładanego życia nie mówiąc już o ryzykowaniu wszystkim. Dziś myśli inaczej i wyznaje inne wartości, a jednak kiedy w myślach pojawia się wizja spotkania z nim po latach, serce przyspiesza i rwie się by obejrzeć dawną miłość z innej perspektywy. By poczuć to co wtedy, poddać się tej fali namiętności i popłynąć. Bez względu na wszystko zachłysnąć się jeszcze raz miłością i upić się nią jak sokiem ze świeżych malin.

         Z rozmyślań wyrywał ją dźwięk telefonu.
“Gdzie ja go zostawiłam?” – ze złością zamruczała pod nosem. Podniosła się z fotela, a wszystkie zdjęcia spadły z jej kolan i rozsypały się po dywanie. Wreszcie odnalazła telefon na kuchennym stole, odebrała zdyszana opierając się o ścianę bo biodro znów dawało o sobie znać.
– Słucham
– Halo, mama, to ja. Mamo tylko się nie denerwuj mieliśmy małą stłuczkę i jesteśmy na pogotowiu. Tata uderzył się w głowę chcieli go dobrze zbadać. – Sarze na chwilę zamarło serce, ale po chwili włączył jej się tryb ogarniacza trudnych sytuacji, który sobie wypracowała przez dwadzieścia lat małżeństwa.
– W którym szpitalu jesteście? – spytała już mocnym i opanowanym głosem.
– Ale mamo Ty się nie denerwuj!
– Dziecko w którym szpitalu pytam.
– W tym na Alei Szymanowskiego
– Zaraz będę.
        Trzymając jeszcze telefon przy uchu na chwilę przysiadła na kuchennym taborecie by uspokoić oddech. Szybko zlokalizowała torebkę, kluczyki od auta i już zamykała drzwi zewnętrzne. Działała jak zautomatyzowana.
Mimo, że nie dała po sobie poznać strachu jaki ją ogarnął w środku cała się trzęsła. Tak bardzo bała się o rodzinę. Byli dla niej wszystkim. I zapewnienia, że nic im nie jest niczego nie załatwiały. Musiała zobaczyć to na własne oczy, porozmawiać z lekarzami, upewnić się sto razy, dopiero wtedy może spokojnie wróci do domu. I to tylko wtedy kiedy będzie miała obok siebie męża i córkę. Inaczej się nie ruszy z tamtąd na krok. Tak postanowiwszy wyjechała z garażu swoim autem.
W głowie szumiał jej inny rodzaj lęku, ten, którego nie mogła pozbyć się od wypadku. Dziś pierwszy raz od tamtego zdarzenia wsiadła za kierownicę. Musiała przeskoczyć samą siebie, musiała zmierzyć się z czarną stroną swojej psychiki bo w tym momencie nie ona była w tym wszystkim najważniejsza.

        Kiedy wieczorem leżała w łóżku i analizowała wydarzenia tego dnia, była zdumiona o ile silniejszy okazał się strach o rodzinę od jej wewnętrznych lęków. Sytuacja tego dnia pokazała jej kto tak naprawdę jest dla niej najważniejszy i stanowi sens jej życia. A ona przez chwilę chciała porzucić to wszystko dla garści uniesień i paru okruchów namiętności.
– Kochanie kto jest? Zdjęcie leżało pod stolikiem w salonie, to nie moje. – Wiktor wszedł do sypialni trzymając w dłoni zdjęcie Tadeusza wraz z napisanym na odwrocie numerem telefonu. Tym numerem, który jeszcze po południu chciała wystukać na klawiaturze swojej komórki.
– Nikt ważny, przeszłość. Po prostu nieważna już przeszłość.

 

Gdzieś na dnie snu
późną jesienią
powraca tu
rozmowa zła
te głosy dwa,
których już nie ma
ten stary temat
– to ty i ja

[ Frag. Agnieszka Osiecka “Gdzieś na dnie snu”]

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *