Bez kategorii

Uśmiech J. – odsłona druga

 

Witajcie Kochani!!       

        Przychodzę dzisiaj w Was z niespodziankowym prezentem. 
Jakiś czas temu pisałam tutaj o książce Anety Zamojskiej pt. “Uśmiech J.”.
Żadna ksiązka, przeczytana w moim życiu nie wywołała we mnie aż tak burzliwych emocji, dlatego postanowiłam się nią z Wami podzielić. 
Przedstawiam Wam fragment książki.
        Dla tych, którzy już przeczytali będzie to miłe wspomnienie, dla tych którzy już ją mają będzie to zachęta by sięgnąć po nią czym prędzej, a dla tych, którzy jeszcze jej nie posiadają w swojej bibliotece, mam nadzieję, że ten fragment okaże się kluczowym argumentem przemawiającym za nabyciem jej. 

 

Miłego czytania!!

 

***

Znalazła kępkę trawy. Oparła ciało na wysuniętych do tyłu rękach, twarz wystawiła do słońca i zamknęła oczy. Było jej tak dobrze. Wreszcie znalazła swoje miejsce. Wreszcie nadszedł jej czas. Była pewna, że od tej pory wszystko będzie dobrze.
Starała się nie myśleć o przeszłości. Rozkoszowała się ciepłem i świeżością. Mocno wciągała powietrze, które pachniało wodą, trawą i wiatrem. Wsłuchiwała się w świergot ptaków. Zdążyła zapomnieć, ile dźwięków mogą wydawać. Do tego odgłos pływających ryb. Ryb?
– Wszystko w porządku? – Aż podskoczyła, gdy usłyszała męski głos.
Ktoś przerwał jej błogostan. Otworzyła oczy, ale musiała je przymrużyć, bo raziło ją słońce odbijające się od tafli wody.
Zobaczyła młodego mężczyznę siedzącego w łódce. To wiosła wydawały ten dziwny odgłos, który przypisała rybom.
Zawstydziła się, ale niczego nie dała po sobie poznać.
– W porządku – odparła tylko. – A co, zakaz siedzenia? – rzuciła zaczepnie. Była zła. Domorosły wioślarz zburzył jej równowagę, którą tak mozolnie próbowała odzyskać.
– Zadziorna jesteś – skwitował. – Nie dziwię się, że siedzisz tu sama. – Zamachał wiosłami i przysunął się do brzegu.
Marta przeraziła się. Jest sama, nikt nie wie, dokąd poszła, nikt jej nie usłyszy. Może zdąży uciec? A sztaluga? A farby! Trudno, najwyżej je porzuci.
Zaczęła się podnosić, sięgając jednocześnie po sandały. Przecież boso nie ucieknie przez te krzaczory!
Musiała mieć głupią minę, bo mężczyzna się roześmiał.
– A sztalugi nie szkoda zostawiać? – zapytał.
– Że co? – odpowiedziała, wyrwana z obmyślania planu, który właśnie zrodził się w jej głowie.
– Przecież pani artystka planuje ucieczkę. – Niemal dusił się ze śmiechu. – Nie zaprzeczaj. Ale spokojnie, jesteś bezpieczna. Nie kręcą mnie młode malarki. Wiesz, co? Mogę nawet zostać i przypilnować ciebie i twoją sztalugę. – Podniósł się, aby wyskoczyć na brzeg. – A ty sobie spokojnie odpoczywaj albo maluj.
Wskoczył do wody i podciągnął łódkę do brzegu. Po chwili znalazł się przy Marcie.
Dlaczego nie uciekła? Sparaliżował ją głos nieznajomego? Jego opalony tors? A może gęste czarne włosy?
Siedziała na trawie i bez słowa wpatrywała się w mężczyznę.
– Jan – usłyszała. – To znaczy Janek.
Uśmiechnął się i wyciągnął rękę, którą przed chwilą wytarł o spodenki w kolorze khaki.
– Marta – odpowiedziała.

 

(Frg. “Uśmiech J. – Aneta Zamojska)

         

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *