Recenzje

Aneta Zamojska – Uśmiech J.

Tytuł: Uśmiech J.

Autor: Aneta Zamojska

Wydawnictwo: Studio Suite77

Kategoria: Powieść obyczajowa

 

Tytułem wstępu

        Kiedy pierwszy raz usłyszałam o tej książce (pamiętam, jakby to było wczoraj), Korektelka siedziała u mnie w pokoju i rozwodziła się nad motywem wody. Tyle zrozumiałam: że chodzi o jakąś wodę. Nie mogłam zrozumieć jej westchnień i pełnego zachwytu głosu. „To nic” – pomyślałam wtedy. – Przeczytam książkę, to może i ja się pozachwycam”. Zamknęłam w głowie temat i odstawiłam na półkę.

 

Dzień zero

         Mój dzień zero nadszedł z poślizgiem, ponieważ od chwili, w której dostałam „Uśmiech J.”, do momentu, w którym ją otworzyłam, minęło kilka dni. „Zdążę – pomyślałam. – Do premiery jeszcze trochę czasu”. Gdyby nie propozycja objęcia książki patronatem, zapewne przeczytałabym ją dopiero dzisiaj. Wzięłam zatem czytnik i zaczęłam czytać z myślą, że rozłożę powieść na kilka dni.

 

Kim jest autorka powieści?

         Aneta Zamojska to trenerka rozwoju osobistego, coach i wykładowca akademicki. Swoim ogromnym sercem i swoją wiedzą wspiera ludzi i organizacje we wprowadzaniu zmian w ich życiu, czerpiąc z tego ogromną radość. Najwięcej satysfakcji przynosi jej jednak zawód pisarki i związane z tym spotkania autorskie. Jej debiutancka powieść zdobyła główną nagrodę w konkursie „Książka roku 2016” organizowanym przez portal planetakobiet.com.pl. Prywatnie jest żoną i matką.

 

Namaluję cię, życie

         Niebiesko-zielona woda przelewająca się przez sztalugę otacza kobietę o falujących blond włosach. Nie widać jej twarzy. Zapatrzona w dal, zdaje się kontemplować ten bezgraniczny żywioł. Gdy patrzyłam na okładkę, jeszcze nie wiedziałam, że mam przed oczami zapowiedź historii, która otoczy czytelnika emocjami – trudnymi, nieokiełznanymi. Woda to symbol z jednej strony żywiołu, z którym nigdy nie wygramy, z drugiej – sytuacji, zdarzeń, które przynosi los, a z którymi czasami nie jesteśmy w stanie walczyć. Poddajemy się, płyniemy z prądem, bo czasami droga znaczona walką z przeciwnościami jest wręcz niemożliwa do przejścia.

         Nic, absolutnie nic przygotowało mnie na to, co dostałam, gdy weszłam w świat bohaterów książki.

         Pamiętam doskonale, że gdy po przeczytaniu powieści wróciłam do obrazu z okładki, zaparło mi dech w piersiach. Byłam zdumiona tym, jak bardzo domyka on treść, jak idealnie odzwierciedla fabułę i wszystkie wyrażone przez nią uczucia. To nieprawdopodobne, że okładka może dostarczyć czytelnikowi tyle treści. Nie sposób przejść wtedy obojętnie obok niej. Nie sposób nie poczuć na nowo tej fali uczuć.

         Poruszona do głębi opowieścią o Marcie i jej losach, mając przed sobą widok dziewczyny z jasnymi włosami, która stoi przed sztalugą rozrywaną przez fale, czułam, że ze wzruszenia znowu mocniej bije mi serce. Znowu chciałam przeczytać tę książkę, ale nie byłam gotowa, aby po raz drugi przeżyć tę emocjonalną burzę.

 

Mów mi: Marta

         Nastoletnią Martę Miliszewską poznajemy w chwili, kiedy sukces matury zdanej na same szóstki roztacza na jej twarzy magiczny blask. Gdzieś w kącikach oczu czai się również lęk – przed przyszłością, przed dorosłością i przed tym, co przyniesie życie.

         Razem z przyjaciółką dziewczyna czeka na wyniki egzaminów na Akademię Sztuk Pięknych. Zdawały na ten sam wydział – malarstwo. Korzystają z pierwszych dni wakacji, oddając się rozrywkom i odpoczywając.

         Marta jest pewna wyniku – wzorowo zdana matura i wrodzony talent wydają się być gwarancją dostania się na uczelnię.

          Pewnego dnia, kiedy dziewczyna chce oddać na obrazie piękno rzeki przepływającej przez wieś, podpływa do niej mężczyzna. To Jan, starszy o kilka lat mieszkaniec pobliskiej wsi, rolnik z zawodu i z zamiłowania. Pierwsze, niezbyt fortunne spotkanie staje się początkiem dalszej historii. Bo to właśnie Jan będzie tym, z którym los mocno zwiąże losy dziewczyny. Równie nierozerwalnie złączy jej losy z wodą, która jak najwierniejszy kochanek będzie stale obecna w jej życiu, wyznaczając kręte koleje jej drogi.

           Autorka nie ogranicza się do pokazania bohaterki jedynie w czasach jej młodości; Marcie towarzyszymy przez lwią część życia. Obserwujemy ją zarówno wtedy, kiedy wychodzi za mąż, układa sobie rodzinne życie, jak i wówczas, gdy zastanawia się, czy zrezygnować ze swoich zasad w imię miłości i dla dobra dzieci. Wielokrotnie stajemy się świadkami jej porażek i sukcesów. Poznajemy jej przyjaciół i wrogów. Trzymamy ją za rękę, kiedy wali się cały jej świat, ale również śmiejmy się razem z nią, kiedy staje na nogi. Spędzamy z nią tyle lat, że zaczynamy się z nią utożsamiać. Stawiamy siebie na jej miejscu i zadajemy sobie kluczowe pytania: „Co powinnam zrobić? Jak dalej żyć?”. Dlatego zakończenie jest dla nas, czytelników, takie wstrząsające – zdaje się podważać naszą wiedzę o świecie opowieści i ludziach; wszystko, o czym czytaliśmy. Jednocześnie jest tak brutalnie prawdziwe. Choć autorka funduje nam prawdziwy emocjonalny rollercoaster, do ostatniej strony jesteśmy przekonani, że nic, absolutnie nic nie jest w stanie nas zaskoczyć. Tymczasem właśnie wtedy dostajemy w głowę literackim obuchem. Aż brakuje tchu. Aż świat się na moment zatrzymuje. Jedyne, co wtedy ciśnie się na usta, to słowa: „Nie, to nie może być prawda…!”. A jednak!

 

Drugie dno

         Książka przedstawia nam Martę – najpierw dziewczynę, później kobietę, którą życie doświadcza głównie przez pryzmat tragedii. To jedna z warstw tej opowieści. Drugą historię tworzymy my sami – my i nasze życie.

         Bo autorka sprawdza nas i naszą wytrzymałość. Nie da się uniknąć w trakcie czytania prób analizowania własnego życia, dotychczasowych decyzji i wyborów. Nie da się nie zastanawiać nad tym, dokąd zaprowadziłby nas los, gdybyśmy poszli inną drogą i gdybyśmy w kluczowych momentach poddali się lub wręcz przeciwnie – walczyli jeszcze mocniej, bardziej.

         O to właśnie pyta nas autorka: czy żałujemy? Czy gdyby można było cofnąć czas, wybralibyśmy inaczej? Czy potrafilibyśmy wziąć odpowiedzialność za nasze wybory?

         To nie jest zwykła opowiastka. To książka, która składa się z metafor. To książka z drugim dnem – równie wartościowym co sama fabuła. Powiedzieć, że ta powieść zmusza do przemyśleń to pozwolić sobie na ogromne niedopowiedzenie. Ona wyżera mózg mnogością myśli, jakie prowokuje. Przedstawione fakty idealnie splatają się w historię, która zwala z nóg. Można powiedzieć, że gdy ją czytamy, płyniemy na pełnym wdechu, zupełnie nieświadomi tego, co za chwilę się wydarzy i jaki obrót przyjmą jasne, wydawałoby się, sprawy.

         Kreacje bohaterów są stworzone tak misternie, że mamy wrażenie, jakbyśmy przyglądali się życiu sąsiadów, nie zaś fikcyjnym postaciom. Nawet brutalne zbiegi okoliczności i złośliwości losu – mimo że wstrząsają do głębi – nie są w najmniejszym stopniu przerysowane. Książkę czyta się tak, jakby się płynęło po wodzie – gdy fala raz nas uniesie, nie ma takiej możliwości, abyśmy mogli się od niej oderwać.

 

Upadłam na emocjonalne kolana

         Nie ma takich słów, które w pełni oddałyby to, co czułam, czytając tę powieść. To niesamowite, że książka może tak pochłonąć, wessać jak rzeczny wir. Zarwałam noc, ale to nic w porównaniu z tym, co przeżyłam.

          Losy Marty, które na początku intrygują, w kolejnych rozdziałach stały się moimi losami. Czułam to najmniejszą komórką ciała i leciałam jak ćma do światła. Spalałam się raz za razem – w zaskoczeniu i totalnym szoku. Miałam wrażenie, jakby ktoś rozciął mi ciało, wyjął serce i wlał do środka ocean emocji.

          Płakałam, ale to nie był zwykły płacz. To było wycie przechodzące w szloch. Nie byłam w stanie powstrzymać uczuć, które mną targały, tak jak młode drzewa nie są w stanie oprzeć się podmuchom wiatru. Pozwoliłam, aby łzy rysowały na moich policzkach rozgoryczenie, żal, złość. Kłóciłam się z bohaterami, wrzeszczałam w duchu, aby poszli inną drogą, zrobili coś inaczej. Bezradność wobec tego, co działo się w ich świecie, była okrutnie bolesna, a jednak nie odłożyłam książki nawet na chwilę.

 

Mistrzowskie dzieło

          Książka „Uśmiech J” to kalejdoskop uczuć i wrażeń, które wstrząsają mnogością i intensywnością uczuć, które wywołują. To powieść, która rysuje po sercu kawałkiem emocjonalnego szkła i nie pozostawia miejsca na oddech. Kiedy wydaje ci się, że dopłynąłeś do bezpiecznej wyspy, następuje taki zwrot akcji, że spadasz z urwiska szoku prosto w przepaść poruszenia i tak skrajnych uczuć, że znowu brakuje ci tchu.

          Do tej pory myślałam, że przeczytałam wiele poruszających książek, ale żadna, absolutnie żadna z nich nie może się równać z „Uśmiechem J.” Anety Zamojskiej. Dopracowanie szczegółów, niezwykła spójność historii i kreacje bohaterów to prawdziwy majstersztyk, który pobudza wyobraźnię i otula gamą uczuć.

 

I na zakończenie

          Muszę przyznać, że chociaż jestem zachwycona książką, opinię na jej temat niezwykle trudno było mi napisać. Może dlatego, że nie do końca wybrzmiały we mnie wszystkie uczucia? Może dlatego, że chciałam wszystko nazwać i uporządkować? Ta książka zawładnęła moim sercem. Nie polecam, lecz mówię wprost: „Uśmiech J.” trzeba przeczytać!

3 thoughts on “Aneta Zamojska – Uśmiech J.”

  1. Ja czekam na swój egzemplarz, bo jak wiesz moja recenzja jest już gotowa.

    Dobra robota. Zgadzam się z Twoją opinią.

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *