Recenzje

T. A. Cottrell – Strażniczka kłamstwa

Tytuł: Strażniczka kłamstwa

Autor: T. A. Cottrell

Wydawnictwo: Amber

Kategoria: Thriller psychologiczny

 

 

Strzał w ciemno

         Po pewniaku jakim była książka Joy Fielding, o której pisałam tutaj,przyszedł czas na coś nowego, jakiś strzał. Padło na książkę T. A. Cottrel.

        Co prawda ostatnio przeczytałam niemożliwą liczbę thrillerów psychologicznych i nie byłam do końca przekonana czy kolejny jest dobrym wyborem, ale co tam, pomyślałam i zaczęłam czytać.

        Przez książkę przebrnęłam dość opornie, a składało się na to wiele czynników, ale po kolei.

 

Strażniczka kłamstwa

         Alice i Ed to wzorowe małżeństwo, obrazek szczęśliwej rodziny dopełnia dwójka dzieci. Oboje rodzice spełniają się zawodowo i gorąco wierzą w to co robią. Ona jest znaną portrecistką osób z wyższych sfer, on zaś uznanym lekarzem.

         Wszystko układa się jak w bajce do czasu pewnej imprezy, na której pojawia się Ed. Alice, kiedy mąż o umówionej godzinie nie pojawia się w domu nie podejrzewa niczego złego. Ot pewnie przedłużył mu się dyżur bądź wylądował u którejś ze swoich pacjentek. Nieświadoma niczego oczekuje powrotu męża. Z każdą godziną jego nieobecności jednak jej lęk wzrasta, a wyobraźnia podsuwa jej co raz to straszniejsze scenariusze. Ed w końcu się pojawia tłumacząc mętnie co się stało. Nic nie zwiastuje tragedii z jaką przyjdzie im się zmierzyć.

        Kiedy Alice przyjmuje od posłańca kwiaty zaadresowane do męża z podejrzanym liścikiem, a później odbiera dziwny telefon zaczyna coś podejrzewać. Nic jednak nie przygotowuje ją naprawdę, która wychodzi kilka dni później, kiedy zostaje odnalezione ciało kobiety. Wszystkie znaki na ziemi i na niebie wskazują na to, że Ed miał coś wspólnego ze śmiercią tej kobiety. Gdy wydobywa z męża prawdę jej świat trzęsie się w posadach. Czy zdołają utrzymać oboje świat, który tak pracowicie budowali skoro podstawy zostały tak mocno naruszone?

 

Kruche szczęście

         Jak niewiele trzeba, żeby świat runął w przepaść. Świat który do tej pory stał na mocnej, twardej skale zaczyna się walić, a jedna tajemnica ciągnie za sobą kolejne. Zaplątani w pajęczynę kłamstw, niedomówień i kontroli nad tym by nikt do prawdy nie dotarł gubią siebie.

         Mocno naznaczona przeszłość Alice i fakt, że demony starych błędów wróciły nie sprzyja poukładaniu tego w zgrabną całość.

        Zawód portrecistki wymaga od niej przejrzystości myśli, czystej kartki w głowie, która niczym białe płótno przed nią będzie powoli zapełniać się informacjami o kliencie. Jednak kiedy do głosu dochodzi nakaz utrzymywania tajemnicy i produkowania kłamstw praca staje się niemożliwa. To kolejna cegiełka frustracji w życiu Alice.

        Ed balansujący na krawędzi życia na wolności wraz ze swoimi zmiennymi nastrojami zaburza spokój ich domowego świata. Raz po raz przechodzi od euforii do depresji, a ta huśtawka wykańcza ich oboje. Ponad to wszystko wskazuje na to, że jego żonie bardziej zależy na prawdzie i spokoju niż jemu samemu. I tak na dotąd nieskazitelnym obrazku małżeństwa powstaje rysa, która zmienia wszystko.

 

Autor pyta

         Jak daleko jesteśmy w stanie się posunąć, żeby chronić kogoś kogo kochamy i to co budowaliśmy od lat. To właśnie pytanie zadaje nam autor, a książka miała pokazać jak trudne to jest wyzwanie i ile za sobą niesie.

         Ryzyko to najmniejsza z cen jakie ponosi się w takiej sytuacji, znacznie droższa jest utrata zaufania, skruszenie fundamentów związku i zasianie wątpliwości w samych sobie.

        Czy Alice podoła temu zadaniu i co się stanie z Edem, na to pytanie możemy dostać odpowiedź czytając książkę.

 

Przekombinowane?

        Kiedy zaczynałam czytać tę książkę i na samym początku dostałam już odpowiedź na pytanie kto nie żyje i kto się do tego przyczynił byłam zaintrygowana niecodziennym poprowadzeniem fabuły. Ciekawiło mnie jak autor poprowadzi to dalej w przypadku, kiedy sam sobie odebrał narzędzia do podtrzymania napięcia. Pełna jednak byłam ufności, że wie co robi.

       I co? I się pomyliłam.

       Główna bohaterka mnie irytowała niesamowicie i już jej przejście do porządku dziennego nad zdradą było dziwne, a co dopiero podjecie decyzji o pomocy. Jakież to było nierozważne, żeby nie powiedzieć głupie. Ta, która na pierwszym miejscu stawiała rodzinę ani razu nie zadała sobie pytania co będzie kiedy wszystko wyjdzie na jaw i pójdzie siedzieć razem z mężem. Co wtedy z dziećmi?

       Jej patrzenie na wszystko przez pryzmat sztuki doprowadzało mnie do pasji. Okej, ja na sztuce znam się tyle co na naprawianiu samochodów to fakt, jednak mimo wszystko uważam, że to jej zadufanie w sobie i określanie wartości wszystkiego przez obrazy było niepoważne, wyniosłe wręcz. W pewnym momencie się pogubiłam czy chodzi jej o męża i rodzinę czy o jej warunki do pracy.

        Autor dorysowuje jeszcze dwie historie i to chyba najbardziej mnie zniesmaczyło. Nie one same w sobie, ale to, że były dołączone jakby na siłę. Stało się to czego się obawiałam. Autor pokazując wszystkie karty już na początku musiał później się ratować innymi pomysłami i średnio mu to wyszło. Do dziś nie wiem jaki cel w tym wszystkim był i po co nagle z czeluści przeszłości pojawiła się przyjaciółka. Ani nie wniosła niczego istotnego, ani też nie ruszyła akcji do przodu. Nie jest wyjaśnione także skąd wzięła te wszystkie informacje którymi rzucała na prawo i lewo byle tylko trafić w główną bohaterkę.

       Drugą taką sytuacją był powrót Alice do domu rodzinnego. Wyjawiona tam tajemnica była jakby ostatnim podrygiem na pół żywej ryby. Zresztą reakcja na nią była mocno przesadzona, a już pomysł, że owa tajemnica jak za pstryknięciem palcami stała się impulsem do zmiany decyzji była według mnie mocno przekombinowana.

        Sam Ed wydawał się jak zupełnie odcięty od realności. Abstrahując od tego co zrobił i tak swoim zachowaniem nie wzbudził u mnie ani sympatii ani zaufania. Zachowanie obojgu było nielogiczne, rozedrgane i kompletnie nie do przyjęcia.

       Książka, że tak powiem kolokwialnie nie trzyma się kupy. Czytałam jednak mając nadzieję na zakończenie, które wynagrodzi mi to wszystko i będzie miało jakiś sens. Rzeczywiście, po tym jak główna bohaterka po raz kolejny zrobiła z siebie idiotkę i pokazała jaka jest niedojrzała i egoistyczna szczęka mi opadła. Tylko, że niestety nie z wrażenia. Przynajmniej nie z tego pozytywnego. To był taki ostateczny strzał w stopę autora. I jedyny pozytywnym akcentem na zakończenie tej powieści było moje westchnienie ulgi ze słowami: „Uff, wreszcie koniec!!”

 

I wyszło jak zwykle

       Cóż, ryzyko w poznawaniu nowych autorów jest takie, że można się zawieść. Ja się zawiodłam, dlatego na pocieszenie już zaserwowałam sobie pewniaka przy którym się relaksuję, ale i czuję napięcie jakie powinno towarzyszyć czytaniu thrillerów.

Wracając do „Strażniczki kłamstwa”… Kochani to nie jest książka, przy której się zrelaksujecie, przy której poczujecie napięcie i przy której będziecie biec ku końcowi w pełnym oczekiwaniu. To pożeracz czasu, który nie daje nic w zamian poza zawodem i frustracją.

Ja oczywiście nie polecam.

Ja zdecydowanie odradzam.

3 thoughts on “T. A. Cottrell – Strażniczka kłamstwa”

    1. O tak, Kasiu zdecydowanie szkoda czasu. Wystarczy, że ja już go straciłam. Kurczę, a tak się dobrze zapowiadało…

      Pozdrawiam i ściskam mocno :*

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *