Życie na zakręcie

Czary mary – wierzy młody, wierzy stary

 

To nie mógł być przypadek
         Biorąc pod uwagę, że nie wierzę w przypadki, napiszę: to nie mógł być przypadek.
Poznałam ją w pracy. Przyciągała jak magnes, kusiła energią, wiedzą i optymizmem. Mamiła miłym usposobieniem i ciepłymi słowami. Uwiodła mnie przekonywaniem, że nie jestem taka jak wszyscy, że jestem wyjątkowa.

Kim była?

Wróżką.
          Na pierwszy, drugi i siedemnasty rzut oka była osobą niezwykle ciepłą, mądrą i przebojową – do dziś mam do niej swego rodzaju sentyment. Osoba stosunkowo młoda (wiem, zaraz zapytacie: „W stosunku do czego?”. Do średniej krajowej. :D), mądra, wykształcona, zaradna i przebojowa, obdarzona tak dalece rozwiniętą siłą perswazji, że nie potrafiłam się oprzeć.
Niewinne złego początki
          Dziś już nie pamiętam, od czego dokładnie się zaczęło, ale jak znam siebie, zdecydowanie od książek i czasopism. Przynosiła coraz to nowe pozycje, a ja czytałam i wsiąkałam coraz głębiej.
         Perspektywa, że można od życia wyciągnąć coś więcej niż smutną rutynę, pociągała jak najprzystojniejszy młodzieniec. To, co kiedyś wydawało mi się nie do przyjęcia, teraz okazało się takie oczywiste.
         Nie jest trudno uwierzyć w teksty rodem z New Age. Nie jest trudno uwierzyć, że jeśli wykonam kilka nieskomplikowanych zabiegów, moje życie się polepszy, a problemy znikną. Wiem, powiecie, że byłam pierwszą naiwną. Owszem, byłam, bo dziś w nic podobnego bym nie weszła. Wtedy jednak, na życiowym zakręcie, szukałam motywacji do życia i wydawało mi się, że została postawiona na mojej drodze właśnie po to, aby mi pomóc.
Jedyna przyjaciółka
          To nie jest tak, że na siłę odciągała mnie od przyjaciół i rodziny. Nie. Wszystko jest znacznie prostsze: tak bardzo absorbowała moją uwagę, że nie miałam czasu na innych przyjaciół. Nie miałam czasu – i nie chciałam – spotykać się z innymi, bo wydawali mi się tacy zwyczajni, prości i mało rozwinięci duchowo. Tacy trywialni.
          W domu było podobnie. Ile ja się nagadałam i natłumaczyłam o istocie rozwoju duchowego…! O potrzebie rozwoju. Ba, zaczęłam nawet podważać fundamenty religii chrześcijańskiej! Tak, tylko ja mogłam pójść na całość.
          Wsiąkłam w to bez reszty. Zaczęłam kupować czasopisma o rozwoju duchowym, o których istnieniu wcześniej nie miałam pojęcia, zamawiałam książki i nie było siły, która mogłaby położyć temu kres. Niezmiennie byłam zdumiona, że do tej pory żyłam w takiej nieświadomości, że moje życie było takie słabe i puste. Do dzisiaj nie wiem, czy moja świadomość przekroczyła wtedy jakieś metafizyczne granice, czy zwyczajnie padłam ofiarą zgrabnej manipulacji.
Tarot i anioły
Anioły to był temat rzeka.
          Wydawały się takie niegroźnie. Przecież w religii chrześcijańskiej jest ich pełno! Przewijają się tu i ówdzie, więc co w tym złego?
         Z perspektywy czasu widzę, że mimo tego omamienia ezoteryką miałam przejawy bogobojności, szkoda tylko, że nie szły w parze ze zdrowym rozsądkiem.
         Książek o obecności aniołów, ich wszechmocy, przyjaźni, uzdrawianiu miałam bez liku, postanowiłam więc kupić sobie talię kart anielskich. Tłumaczyłam sobie, że to nie tarot, że nie przekraczam pewnej oczywistej granicy. Czułam się rozgrzeszona.
          Karty robiły ze mną, co chciały. Szeptanie anielskich modlitw, wzywanie aniołów i codzienne rozkładanie kart stały się do tego stopnia uzależniające, że poczułam, jakby moja osobowość się przepołowiła: jedna część mnie zacierała ręce w oczekiwaniu na kolejne anielskie rewelacje i rady, druga, znacznie cichsza, zaczęła mnie wyśmiewać. Nie dowierzała, że aż takie nadzieje pokładam w plastikowych kartonikach z wizerunkami skrzydlatych postaci.
Tarot – to już było coś…!
         Dawniej bałam się samego czytania o tarocie, ale wtedy zaczęłam zgłębiać wiedzę i marzyć, że zostanę wybitną tarocistką. W końcu nieustannie powtarzała mi, że „mam to coś”, jestem ostatnim (bo dziewiątym) wcieleniem na tej ziemi, a później to już tylko absolut. I ja w to wierzyłam. Dzisiaj wolałabym usłyszeć, że jeszcze trochę się pomęczę, a później tylko sława, willa i piękne BMW. 😀
Ale do brzegu.
         Chociaż tarot mnie intrygował, nigdy nie zdecydowałam się czytać z niego przyszłość. Zanim jednak pochwalicie mój zdrowy rozsądek, muszę się przyznać, że summa summarum karty zostały mi postawione. Tyle że anielskie. Z ręką na sercu przyznaję, że nie mam pojęcia, co konkretnie usłyszałam. Pamiętam tylko wrażenia (a może kolejny prześwit mojego zdrowego rozsądku?), że to trochę taki pic na wodę. Niczego nowego się nie dowiedziałam. To, co usłyszałam, było zbiorem informacji o mnie, które sama jej przekazałam. O samej przyszłości było niewiele, o ile w ogóle cokolwiek. Moje rozczarowanie musiało być gorzkie niczym piołun, skoro nigdy więcej nie zdecydowałam się na karty.
Reiki, wosk i kawa na tarasie
 
          Nie ma chyba człowieka, który nie zna tych słów. Reiki, czyli uzdrawianie za pomocą energii i wylewanie wosku nad głową to kolejne zabiegi, które przyszło mi poznać. Podczas wylewania wosku też byłam wyjątkowa, bo wybuchło toto nad moją głową i stało się okazję do snucia różnego rodzaju, coraz bardziej odjechanych interpretacji.
          Miałam wrażenie, że z prędkością światła zbliżamy się do granicy, za którą czekają już tylko psychoza i specjalistyczny oddział psychiatryczny.
         Jeśli chodzi o reiki, nie czułam niczego specjalnego. Gdzieniegdzie ciepło, jednak nie jestem w stanie z ręką na sercu powiedzieć, czy było to spowodowane ponadzmysłowym przepływem energii, czy przyziemną fizyką. Nigdy więcej się na to nie zdecydowałam, a i poprawy specjalnej zarówno po jednym, jak drugim – nie odnotowałam. Mile wspominam jedynie nasze kawy na tarasie i niekończące się dyskusje o wszystkim.
My tu gadu, gadu, a tam sąsiad śliwki rwie
        Tak bardzo skupiłam się na przekonaniu, że te wszystkie zabiegi, wykłady, dyskusje i książki mają przynosić mi same korzyści, że nie zauważyłam, że może być wręcz odwrotnie.
        Ktoś z moich bliskich zauważył, że jakoś ciągle mi się w tym życiu pierdoli (przepraszam za wyrażenie, ale dokładnie takie słowo zostało użyte). Postanowiłam przyjrzeć się temu i coś tam zaczęło dzwonić.
        Nie, nie olśniło mnie, że ezoteryka jest „be” i nie potuptałam do kościoła. To był długi proces, z którego wychodziłam kilka lat. Coś w tym było, bo rzeczywiście w tamtym okresie nie działo się za dobrze zarówno w moim życiu osobistym, jak i na polu zawodowym.
        Z powodu sytuacji na rynku mój ówczesny szef zdecydował się zebrać swoje zabawki i zwinął się z piaskownicy. Przestałyśmy widywać się codziennie. Sporadyczne telefony były jak ostatnie podrygi zmęczonych tancerzy na życiowym parkiecie, po czym znajomość wygasła. Nie mogę powiedzieć, że samoistnie, bo jednak jeszcze przez długi czas szukała ze mną kontaktu, ale ja już nie byłam zainteresowana. Separacja pokazała mi, że nie interesowały mnie te wszystkie ezoteryczne kwestie, lecz uległam jedynie zgrabnej manipulacji.
        Zaczęłam odzyskiwać swoje życie i zdrowy rozsądek (z tym rozsądkiem oczywiście tylko tyle, na ile jest to możliwe w moim wypadku :D). Czasami jeszcze na wspomnienie tej przygody nie wiem, czy śmiać do rozpuku, czy może załamać ręce nad swoją głupotą, naiwnością i bezwolnością myśli.
Częściej się śmieję.

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *